Witam was, dziś chciałabym wam opowiedzieć o tym jak uratowałam życie Jerzykowi ;)
Stało się to 23.05.15r wracałam do domu ze szkolnego festynu (Nudziło mi się). Nagle usłyszałam jakieś dziwne uderzenia. Patrzałam za siebie lecz nic nie widziałam. Po chwili spostrzegłam że to jakiś mały ptaszek, właściwie jego skrzydło wystawiające z rynny. Gdy się poruszyłam, kucałam i zobaczyłam jego mały dziób. starałam się podnosić to od rynny (w czym się zaklinował). po około 15 minutach udało mi się go wydostać. Nie wspominając o tym jak biedak się męczył. Gdy wyszedł trochę go głaskałam (zresztą przy wyciąganiu też) i zawołałam mamę. Gdy przyszła sprawdziła czy jest z nim wszystko okay i z jego skrzydłem. Wzięliśmy go do domu, ja szybko odgoniłam kota od drzwi (tak mam kota, znaczy nie ja ale mój... Na to innym razem). Włożyliśmy małego ptaszka do pudełka, a tata stwierdził że to jaskółka. Nalaliśmy mu wody do nakrętki oraz trochę ziarenek (miałam trochę w "smakołykach" dla Klementyny). Ptaszek się napił. Wyszłam z nim na balkon i go głaskałam. Po jakimś czasie usnął na jakiś czas. pół godziny później wyszłam z nim na zewnątrz i sprawdziłam czy może latać. Gdy wszystko było dobrze podrzuciłam go lekko w powietrze i ptaszek odleciał!
Wiem że to takie chwalenie się, i że wam się pewnie takie posty nie podobają ale musiałam c; zwłaszcza że pomoc zwierzętom mam na liście do spełnienia.
Zdjęcia kiedy indziej ;)
*Wszędzie gdzie napisałam jaskółce poprawiam, to był jednak jerzyk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz